Żelazny kanclerz, biały rewolucjonista

źródło: http://www.pch24.pl

Bismarck to główny autor antykatolickiego Kulturkampfu, to twórca pierwszego wprowadzonego w Europie pakietu obowiązkowych ubezpieczeń społecznych, „żelazny kanclerz”, który zgodził się na wprowadzenie w Niemczech w 1871 roku powszechnego prawa wyborczego. Polaków darzył nieskrywaną nienawiścią.

Sto pięćdziesiąt lat temu, 22 września 1862 roku nominację na urząd premiera Prus otrzymał z rąk króla Wilhelma I Otto von Bismarck (1815-1898). To było najważniejsze wydarzenie nie tylko w całym okresie panowania tego Hohenzollerna (1861-1888), ale również decyzja, której znaczenia dla polityki europejskiej nie sposób przecenić. Władzę w Prusach objął polityk nazywany później – od momentu zjednoczenia Niemiec (1871 r.) – „żelaznym kanclerzem”. Człowiek, który był architektem tego zjednoczenia przez Prusy „krwią i żelazem”, co nie byłoby możliwe bez ostatecznego zakończenia trwającej od czasów Fryderyka II prusko-austriackiej rywalizacji o przywództwo w Niemczech. Bismarck zakończył je w 1866 roku na polach Sadowy, i to walcząc nie tylko z monarchią Habsburgów, ale ze zdecydowaną większością państw skupionych w Związku Niemieckim (wbrew podręcznikowym definicjom, była to nawet raczej nie tyle wojna prusko-austriacka, co wojna prusko-niemiecka; wojna, którą Prusy wygrały – ze wszystkimi dalekosiężnymi konsekwencjami (politycznymi, wyznaniowymi i gospodarczymi). Sedan był tylko konsekwencją Sadowy.

A przecież w momencie obejmowania urzędu premiera nic nie zapowiadało przyszłych sukcesów Bismarcka. Startował on w momencie ostrego kryzysu politycznego wewnątrz Prus, wywołanego przez konflikt między liberalną większością parlamentarną (od 1850 Prusy były de facto monarchią konstytucyjną) a kolejnymi rządami powoływanymi przez Wilhelma I. Przedmiotem sporu była pociągająca za sobą spore wydatki budżetowe sprawa reformy armii pruskiej. Dla jasności obrazu: obóz liberalny nie kwestionował konieczności jej modernizacji i powiększenia, podważał tylko prawo rządu do określania struktury wydatków budżetowych.

Ogarnął więc pruskie elity rządowe u progu lat sześćdziesiątych XIX wieku impossybilizm (zapożyczmy XXI-wiecznej terminologii). Tak duży, że nawet Wilhelm I poważnie rozważał myśl o abdykacji. W tej sytuacji sięgnięto po „broń ostateczną” – Bismarcka, który od wiosny 1862 roku był posłem pruskim w Paryżu (wcześniej podobną misję pełnił w Petersburgu). 18 września 1862 poseł Bismarck został wezwany przez generała Albrechta von Roona pilnym telegramem do Berlina. Pierwsze słowa wiadomości brzmiały: Periculum in mora. Depechez-vous.

Ten sam Bismarck, który musiał spieszyć z Paryża, by ratować monarchię Hohenzollernów, był przez tych władców traktowany jako regierungsunfahig (nie nadający się do rządzenia). Poprzednik Wilhelma I, Fryderyk Wilhelm IV w gorących dniach rewolucji 1848 r., gdy monarchia pruska wyjątkowo pilnie potrzebowała „wiernych sług”, przy nazwisku Bismarcka jako kandydata na stanowisko premiera dopisał: Pachnie krwią! Wykorzystać tylko, gdy będzie szaleć bagnet!. Jeszcze 19 września 1862 r. Wilhelm I zapewniał następcę tronu (późniejszego Fryderyka III), że nie ma zamiaru powoływać Bismarcka do rządu.

Nowo powołany premier Prus złożył w dniu objęcia swojego urzędu zapewnienie przed swoim władcą: Czuję się jak brandenburski wasal, który widzi swojego seniora w niebezpieczeństwie. Wszystko, czym dysponuję, jest do dyspozycji Waszej Królewskiej Mości.

I tych słów dotrzymał. W latach 1862-1866 rządził bez zatwierdzonego przez parlament budżetu, a ściągalność podatków zapewniła doskonale funkcjonująca pruska administracja, a gdzie potrzeba – policmajstrzy. Sadowa nie tylko na dobre rozstrzygnęła dawny spór prusko-austriacki, ale również przypieczętowała zwycięstwo Bismarcka w starciu z liberałami, którzy w amoku, jaki ogarnął Prusy po triumfie pod Sadową bez wahania zaakceptowali pozabudżetowe rządy Bismarcka, uchwalając tzw. indemnizację czyli akceptację a posteriori wydatków rządowych z lat 1862-1866. Parę lat później liberałowie staną się podporą „żelaznego kanclerza” w wytoczonej niemieckim katolikom „wojnie o kulturę”.

Rzeczywiście, z punktu widzenia pruskiej Staatsrason za największą zasługę Wilhelma I należy uznać, że sam uznał „swoje miejsce w szeregu” i godził się na faktyczne kierowanie państwem przez swojego „brandenburskiego wasala”. On i całe Prusy nie wyszły na tym źle. Zwiastunem zaś głupoty, a następnie klęski Wilhelma II (i całych Prus) było pozbycie się przezeń Bismarcka w 1890 roku.

Żaden pruski mąż stanu nie przyczynił się w tak dużym stopniu do rozbłyśnięcia pełnym blaskiem „Gloria Preussens”. 2 września 1870 roku, w chwili kapitulacji Francuzów pod Sedanem i wzięcia do niewoli Napoleona III nikt już w Europie nie miał wątpliwości co do wielkości dzieła Bismarcka (choć już wcześniej na wieść o Sadowie papieski sekretarz stanu kardynał Antonelli wykrzyknął: Casca il mondo! Świat się zawalił!). Jeszcze pozostało Bismarckowi przełamanie oporów Wilhelma I przed przyjęciem tytułu cesarskiego (Hohenzollern uważał, że posługiwanie się nowo wymyślonym tytułem „cesarza niemieckiego” degraduje go w oczach innych władców) i postawienie „kropki nad i” 18 stycznia 1871 roku w Wersalu, w chwili proklamacji Rzeszy Niemieckiej oraz Wilhelma I jako cesarza niemieckiego (przypomnijmy, do 1806 roku funkcjonowała tytulatura „cesarze rzymscy”).

Jednak to nie dlatego Bismarck jest nazywany „białym rewolucjonistą” (Lothar Gall), choć za jego przyczyną swoje monarchie traciły tak starodawne niemieckie dynastie jak Welfowie, rządzący do 1866 roku w Królestwie Hanoweru (włączonym wówczas do Prus). Bismarck to główny autor antykatolickiego Kulturkampfu (w czym bez wahania sekundowali mu pruscy liberałowie), to polityk – twórca pierwszego pakietu obowiązkowych ubezpieczeń społecznych wprowadzonych w Europie, „żelazny kanclerz”, który zgodził się na wprowadzenie w Niemczech w 1871 roku powszechnego prawa wyborczego (w samych Prusach, nad czym Bismarck ubolewał, obowiązywało prawo oparte na cenzusie majątkowym).

Dzisiaj „rewolucjonizm” Bismarcka nazwano by „post-polityką”. Bo Bismarck na swój sposób dbał o to, „żeby wszystkim żyło się dobrze”. No, może poza paroma wyjątkami, których określał mianem „wrogów Rzeszy”. Tutaj zawsze wysoko na liście figurowali Polacy.

W kwietniu 1848 roku, jeszcze zanim z trybuny parlamentu frankfurckiego przywódcy liberałów ogłosili epokę „zdrowego egoizmu narodowego” w relacjach polsko-niemieckich, 33-letni deputowany Otto von Bismarck w liście opublikowanym w „Magdeburgische Zeitung”, pisał: Rozwój narodowy polskiego żywiołu w Poznańskiem nie może mieć innego rozsądnego celu, jakim jest przygotowanie odbudowy niepodległego państwa polskiego. Można pragnąć wskrzeszenia Polski w jej granicach z 1772 r. (jak Polacy mają nadzieję, aczkolwiek jeszcze milczą na ten temat), można zwrócić jej całe Poznańskie, Prusy Zachodnie i Warmię. Najlepsze ścięgna Prus zostaną wówczas przecięte, miliony Niemców wydane zostaną na łup polskiej samowoli. W ten sposób zyska się niewiernego sprzymierzeńca, który wyczekiwać będzie pożądliwie każdej trudności Niemiec, by im wydrzeć Prusy Wschodnie, polską część Śląska, polskie okręgi Pomorza.

Tej diagnozy trzymał się zawsze. Zmieniała się tylko amplituda niechęci do Polaków. W 1861 roku, sfrustrowany niepowodzeniem swojej próby storpedowania w Petersburgu (gdzie przebywał jako pruski poseł) rosnących wpływów Aleksandra Wielopolskiego, pisał do siostry: Bijcie w Polaków, by ich ochota do życia odeszła; osobiście współczuję ich położeniu, ale jeśli pragniemy istnieć, nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić. Wilk też nie odpowiada za to, że Bóg go stworzył takim, jaki jest; dlatego też zabija się go, gdy się tylko może.

W czasie Kulturkampfu, odnosząc się do sporów toczonych w parlamencie z przywódcą katolickiego „Centrum” Ludwigiem Windthorstem, Bismarck mawiał, że przy życiu trzymają go dwa „silne uczucia: miłość do żony i nienawiść do Windthorsta”. Sporą porcję tej ostatniej od „żelaznego kanclerza” zaznali też Polacy. Nieprawdą jest, że polityczny realizm – a tego Bismarckowi, mistrzowi Realpolitik, nie sposób odmówić – nie wyklucza silnych emocji i namiętności. Nas Bismarck nienawidził namiętnie.

Grzegorz Kucharczyk